Ukraina: 180. kilometr - moja parafia w pierwszy piątek miesiąca
Kiedys abp Kondrusiewicz w czasach gdy obejmowal Apostolska Administrature w Moskwie, zartowal sobie z polskich biskupow w ten sposób: Zabrali mnie w swój samochod do Czestochowy. Przejechalismy 50 km i ktos z nich powiada:”Tu się zaczyna moja diecezja”, potem po jakiejs godzinie drugi mój kolega powiada:”Zobacz a tutaj już się zaczyna moja diecezja”. Zanim dojechalismy do Czestochowy było już pewnie z piec diecezji, za piec godzin jazdy. Wtedy ja im na to powiadam jak to czasami zdarza się jechac z Petersburga do Soczi a to jest 2500 km i trzy dni jazdy pociagiem. Jade sobie jeden dzien a za oknem moje diecezja, drugi patrze i znow moja diecezja, wysiadam w Soczi i caly czas jestem u siebie. Metropolite po 16 latach mozolnej pracy cichutko przeniesiono na Bialorus, „bo za duzo podrozowal”i jako Polak nie podobal się w pewnych kregach koscielnych panujacej religii w Rosji. „Odetchnelismy z ulga” – nie skrywal pewien prawoslawny metropolita, dziekujac Watykanowi za „krok ekumeniczny”... Ja tymczasem wspominam sobie z nostalgia te czasy gdy jadac z Czity koleja transsyberyjska na Boze Narodzenie 1999 roku, tez sobie zartowalem, bo do Chabarowska ta sama odleglosc co Petersburg-Soczi: pierwszy dzien, moja parafia, drugi dzien, moja parafia i tylko na trzeci dzien wjezdzalem na chwilke do Skoworodino w Amurskim obwodzie gdzie pracowali Werbisci, zatrzymywalem się u amerykanskich misjonarzy Maryknoll w Chabarowsku i znowu lecialem samolotem ponad 2000 km na Kamczatke a tam tez była moja parafia. Totez gdy przychodzi się na Donbasie każdy pierwszy piątek miesiąca odwiedzac chorych a mam ich na liscie 12-tu i na kazdego srednio poswiecam jedna godzine z dojazdem, by pospowiadac i udzielic pierwszej komunii, to sobie z nostalgia za większą przestrzenią powtarzam refren:trzeba jechać dalej na koniec świata, bo to tez jest moja parafia! Punkt zero Makiejewka to nazwa miejscowosci zalozonej przez kozaka Makieja. W czasach carskich gdy nie istnial jeszcze obwod doniecki, polowa 40 tysiecznej stanicy, która nie miala jeszcze praw miejskich nalezala do Jekaterynoslawskiej Guberni (dzis Dniepropietrowska), druga polowa zas nalezala do Obwodu Wojska Donskiego czyli Kozackiego Kraju. Już wtedy była to niemala terytorialnie miejscowosc zlozona z francuskiego osiedla wokół huty, gdzie dzialal kosciol sw. Jozefa z proboszczem o. Pio Neveu (dzis Sowkolonia), kilku osiedli robotniczych wokół kopaln nalezacych do Hrabiego Ilowajskiego(np. osiedle Kapitolina od imienia corki hrabiego i nazwy kopalni, osiedle Zielone wokół kopalni Lenina dawniej Iwana, na czesc syna Hrabiego) i kilku kopaln inwestorow zagranicznych np. osiedle Boros od nazwiska niemieckiego przemyslowca. Dzisiaj miasteczko liczy pol miliona ludnosci a wiec jest wieksze od Katowic i ma terytorium wieksze niż Warszawa. Można sobie lekko wyobrazic, ze rozrzuceni na tym terenie nieliczni katolicy musza pokonac nielada odleglosci, by dotrzec do malutkiej kapliczki w centrum miasta. Raz w miesiac ta sama przygoda pomnozona przez 12, bo tylu jak wspomnialem chorych odwiedzam, czeka i mnie a potem kazdego kaplana, który podejmie tu prace. Pisze wiec mój tekst jako zachete misyjna, bo jak za chwile się przekonacie, kaplanstwo w tym terenie to niezwykla przygoda. 4 lipca 2008 pierwszy piątek zapowiadal się ulgowo. Na odleglym o 10 km osiedlu Cholodna Balka jedna chora, pani Marcelina wyjechala na wakacje do krewnych w Zytomierzu i obiecala, ze tam będzie sama chodzic do spowiedzi i do kosciola na pierwsze piatki jakie wypadaja latem, drugi chory z tego osiedla, pan Jonas Kaczanauskas niestety zmarl miesiac temu w pierwsza sobote, zaraz po piatkowej komunii. Ponadto pewien chory z odleglego o 40km Szachtiorska wyjechal z dziecmi nad pobliskie Azowskie Morze i tez obiecal przyjac komunie sw. w Berdianskim kurorcie. Na Mszy sw. było zaledwie 6 kobiet, ale dla parafii, w ktorej w niedziele bywa 30 osob, to wcale nie malo. Dwie staruszki sposrod parafian jak zwylke towarzysza mi, by podtrzymac na duchu chorych i ksiedza, po w podrozy prowadza rozaniec, koronke, czy po prostu pomagaja rozdawac gazety koscielne i male upominki. Msza sw. trwala jak zwykle godzine. Kilka osob wyspowiadalem na miejscu. Jedna staruszka po Mszy sw. poczula się zle i poprosila, bym zadzwonil na taksi. Ja jednak postanowilem odwiezc ja sam i już w glowie kalkulowalem, ze to będą dodatkowe 20 km, które zdawalo mi się, ze zaoszczedze. Babcia mieszkala na osiedlu Zielonym we wschodniej czesci miasta a mój pierwszy chory wedle planu na osiedlu Zachodnim. Na ten raz w pospiechu do 5 reklamowek zebralem wszystko co było w lodowce: jajka, drzemy, ogorki, pomidory, ciastka i cukierki. W wielu domach jakie odwiedzam chorzy zyja dostatnio wiec nigdy nie ma potrzeby zabierac 12 reklamowek. Wieczorem po powrocie lodowka znow jest pelna, bo w tych dostatnich domach ja odbieram podarki. Przeprosilem 8-miu zebrakow, którzy w czasie Mszy sw. czekaja, ze im wydam zupe w plastykowych kubeczkach. Na ten raz im nie powiodlo, przeprosilem ich, ze wyjezdzam w waznej sprawie i byłem zdziwiony gdy zamiast narzekan uslyszalem w odpowiedz „choroszo, otiec, spasibo Hospodi”. Tak wiec wieziemy babcie Marie, która w parafii nazywaja „bogatenka”, bo ma dwoje corek, które maja swoje samochody i jeszcze dwu wnukow zmotoryzowanych. Co z tego, kiedy do kapliczki najczesciej jezdzi pieszo! Jedziemy 5 km na osiedle Zielone i około 15 km od niej na osiedle Zachod. 20. kilometr – ciocia Paulina Paulina 15 lat temu miala wylew krwi do mozgu. Slabo chodzi i tylko wewnatrz mieszkania. Rece ma bezwladne i dretwy jezyk. Jej mowe rozumie tylko maz a ja na spowiedzi się tylko domyslam, i po oczach rozpoznaje akt skruchy. Pochodzi z Sumskiego Obwodu, ma polskie pochodzenie ale jest Prawoslawna, co w danym wypadku oznacza, ze w dziecinstwie ochrzczono ja w Cerkwi ale potem nigdy wiecej na żadne nabozenstwa nie uczeszczala. Jej maz Leonid, pochodzi z Obwodu Czerkaskiego, gdzie od dziecka przywykl chodzic do kosciola. Moglby wezwac dla malzonki prawoslawnego popa, ale wiadomo, ze u prawoslawnych nie ma zwyczaju czestej spowiedzi dla chorych i niektórym odwiedziny kaplana u chorego kojarza się ze smiercia. Ponadto zaproszenie popa to spory wydatek i najczesciej obowiazek znalezienia auta dla niego. Nic dziwnego, ze oboje przyjmuja moje uslugi jako cos normalnego, bo przeciez znamy się dobrze z licznych odwiedzin koledowych i inicjatywa zrodzila się wlasnie na koledzie. Pan Leonid ma bogatego syna i porzadna gornicza emeryture totez z tego domu zawszy wychodze obdarzony nie tylko usmiechem sparalizowanej babci od ucha do ucha. Pan Leonid to czlowiek wysportowany i troche jakby zalekniony. Opowiadal mi na koledzie o swych roznych trudnych sytuacjach w pracy i tragediach w rodzinie. Jest ostatnim zyjacym sposrod 9-ciu braci. Wiekszosc zginela na wojnie a on jako najmlodszy trafil na inna kampanie w 1956 na Wegrzech. To był horror dla niego ale z radoscia podkresla, ze ochraniajac jakis most nie był raniony i z jego oddzialu nikt nie zaginal, tym niemniej, choc nie krytykuje wladz sowieckich za te agresje, bo wtedy Wegrow nazywano w ZSRR faszystami, i mlodzi chlopcy zapewne tak rozumieli te Powstanie, tym niemniej za bohatera się nie uwaza. Mieszka na drugim pietrze czteropietrowki. Tradycyjnie daruje mi pomarancze a ostatnio nawet cytryny i slodka dynie, jak się domyslam z wlasnego ogrodka. Leonid nie był na Mszy swietej tydzien wczesniej, bo był zaziebiony wiec oprocz babci na ten raz i on się wyspowiadal i przyjal Najswietszy sakrament. Mimo, ze czul się nie najlepiej odprowadzil nas jednak do samochodu. 27. kilometr – Babcia Wanda Babcia Wanda mieszka w centralnej czesci miasta na parterze czteropietrowki. Miejscowi nazywaja te osiedle „92-kvartirny”, bo obok stoi 9-ciopietrowka na 92 elitarnych rodzin. Tam do niedawna mieszkala przyjaciolka Wandy Cezia, dlugie lata chodzily razem do kapliczki lecz trzy lata temu Cezi odmowily nogi posluszenstwa i po 2 latach poslugi pierwszopiatkowej, odprowadzilem babcie na cmentarz. Wanda na liscie chorych zajela jej miejsce. Ma 82 lata, do niedawna chodzila do kapliczki codziennie a ostatnio nie widze jej nawet w niedziele po 2 i 3 tygodnie. Ma mila powierzchownosc, zawsze się usmiecha. Ksiedza nazywa na ty, bo chyba uwaza za kogos z rodziny. Zapytalem ja ostatnio jak ma na imie, po chwili namyslu przypomniala sobie, niestety mojego imienia już nie pamieta. Przyznala się ze z rana była w sklepie ale co tam kupila nie wie. W mieszkaniu straszny balagan, rozrzucona na polkach zdjecia i koscielne obrazki, pusta lodowka i na plycie gazowej wlaczona kamforka, wlasnie sobie babcia upiekla jajecznice na obiad. Na stole lezy jedna konserwa rybna i kawalek suchego chleba. Rzeczywiscie, wyglada na to, ze babcia była w sklepie ale nic tam ne kupila. Po sasiedzku mieszka jej corka ale wyglada na to ze nie często ja odwiedza. W mieszkaniu sa dwa pokoje wiec dwie moje towarzyszki zostaly w pokoju goscinnym adorowac najsw. Sakrament a ja w sypialni wyspowiadalem staruszke. W tym domu zawsze pozostawiam drobne upominki i trzeba szybko uciekac, bo babcia szuka pieniedzy, „żeby się odwdzieczyc”. 30. kilometr – Maria Stefanowna Nowicka Mowiac po polsku: Maria corka Stefana. Mieszka na trzecim pietrze na osiedlu Czeromuszki, po polsku „wygwizdowo”. Przystanek niedaleko jej domu nazywa się „Puszka”. Do niedawna odwiedzalem jej na 6 lat mlodsza siostre Wiktorie. Od czasu do czasu w ramach odwiedzin chorych odwozilem Marie do Wiktorii albo z powrotem, bo mimo swych 86-ciu lat Maria opiekowala się mlodsza zniedolezniala siostra. Pochodza obie z Bialej Cerkwi pod Kijowem. Wiktoria na wiosne upadla z lozka wieczorem i mimo, ze sasiadka o tym wiedziala, to nie miala sil jej podniesc i nikt z sasiadow nie przyszedl na pomoc. Zanim ja wyspowiadalem trzeba było z pomoca moich parafianek ja na lozko podniesc. Ten obrazek na dlugo pozostal mi w pamieci. Kobieta mocno wywichnela noge, lezala w kaluzy z wlasnego moczu. Niestety nie ma w tych stronach hospicjow, a bardzo by się przydaly, bo znieczulica najblizszej rodziny powoli udziela się i mnie i moim parafianom. Tak jak w Indiach zaczynamy myslec, ze to taka nasza karma i nic się nie da zrobic. Tymczasem gdy po Wielkanocy, Wiktoria zmarla, jaj dom w ciagu jednego dnia wybielono, posprzatano i dwie corki z mnostwem wnukow szczerze oplakiwali babcie. Urzadzili piekny pogrzeb i nie zapomnieli zaprosic kaplana. Okazalo się ze ta babcia tez była „bogatenka”, cala emeryture oddawala dzieciom i wnukom, miala w domu telefon mobilny ale odwiedzin bliskich czekala tygodniami. Owszem zaplacili sasiadce by się opiekowala, ale to była opieka fikcyjna. Sasiadka tez stara i znerwicowana osoba, nie mowiac o staruszce Marii. Takie szczegoly z czasem dowiedzialem się wlasnie od starszej siostry, która często ku memu zdziwieniu modlila się glosno slowami „Boze daj smierc Wiktorii, czym predzej”. Maria była w mlodosci listonoszka, pieknie spiewala na licznych uroczystosciach. Ma dzieci i wnukow, którym podobnie jak Wiktoria wczesniej oddala duze mieszkanie i dacze a teraz oddaje emeryture, ale tez jest bardzo samotna. Totez po spowiedzi, która się dokonuje w malutkiej kuchence jednopokojowego mieszkanka, ona nas prosi nie odchodzic od razu ale posiedziec, porozmawiac, bo nie bardzo ma z kim. Parafia, to dla niej prawdziwa rodzina... Na Czeromuszkach mieszka ciocia Dusia Werminska, ma ponad 70 lat ale zgodzila się od czasu do czasu odwiedzac Marie, moznaby rzec taka parafialna samopomoc. Szkoda, ze w innych przypadkach nie udaje się poprzez posluge samych parafian rozciagnac pierwszy piątek na inne dni tygodnia. Kilka lat temu chodzila do kapliczki ale ostatnio trudno jej zejsc na pierwsze pietro wiec dlugo wyglada przez okno na ulice kazdy pierwszy piątek i gdy przyjezdzam zrzuca mi z 3-ciego pietra klucz od klatki schodowej. Kiedy odjezdzam znowu wyglada i masze raczkami jakbysmy się widzieli po raz ostatni. 31. kilometr - Maria Geniewicz Do tej babci wstapilem po raz pierwszy, bo ciocia Dusia, która mi pomagala tym razem zaniepokoila się, ze Marii już dawno nie było w kapliczce. Prawda, warto było się zaniepokoic. Robimy tak zawsze jeśli ktos z parafian dlugo się nie zjawia w parafii. Maria niedawno stracila starsza siostre i gdy zyly obie to było u kogo się spytac co się dzieje z druga jeśli nieobecna a teraz trzeba się było zapytac samemu. Maria ma syna alkoholika i jej zyciu w ciaglych stresach zagraza on solidnie. Niestety malo kto z alkoholikow bierze do serca cudzy bol. Jednego takiego spytalem czy mu nie przykro kiedy jego bliscy cierpia. Typek od razu wypalil w odpowiedz: „O mnie nikt się nie troszczy, i ja nie mam zamiaru się troszczyc”. Przystanek po sasiedzku nazywa się „poczta”, Maria mieszka na 5-tym pietrze bez windy, wiec moim towarzyszkom poradzilem poczekac na dole, by na wypadek gdy babci nie będzie nie marnowaly nog. Jedna z mych towarzyszek babcia Aniela ma 80 lat i chodzi z palka, druga jej rowiesniczka, biega jak sportsmenka ale wszystko jedno, było mi jej zal. Drzwi rzeczywiscie były zamkniete na trzy spusty wiec powiesilem reklamowke z podarunkami i gazeta na klamce. Moje towarzyszki mnie za to skrytykowaly, bo na Ukrainie takie rzeczy rozkradaja od razu bezdomni, ale ja nie miałem innego pomyslu na to, by babcie powiadomic, ze byliśmy i ze czekamy na nia w kapliczce. Sygnal dotarl. W niedziele babcia się zjawila i powiadomila, ze ciezko choruje jej cioteczna siostra. Osiedle gdzie mieszka „nowa babcia”, to najstarsza czesc miasta, nazywa się Jasinowka, to dodatkowe 10 km, ale już wiem ze nastepnym razem trzeba tam jechac obowiazkow. 32. kilometr – Babcia Anna To kolejny dostatni dom na naszej drodze. Anna jest bardzo otyla i z trudem przesuwa się po mieszkaniu. Do kapliczki przyjezdza na Wielkanoc raz w roku. Mieszka w Makiejewce od kilku lat, bo tak chciala corkaa ale widac, ze zycie w miescie to nie dla niej i dlatego jedyna radosc, gdy zbliza się pierwszy pitek, który w jej wypadku trwa dalej w postaci odwiedzin pani Anieli, która tez przyjechala z Podola niedawno i mieszka z dziecmi po sasiedzku. Te osiedle miejscowi nazywaja 3/5. Takie nazwy można spotkac tylko w krajach post-sowieckich im skroty nazw wszelkiego rodzaju, cyfry i daty, bardzo się podobaja w nazwach ulic i miejscowosci. Na przykład wracajac noca z odwiedzin u chorych przejezdzam przez miasteczko Yugres, co jest zlepkiem nazwy sasiednie wioski Zujewka i skrotem trzech slow Gidro(hydro)Elektro Stancja, czyli elektrocieplownia. Miasto powstalo w czasach sowieckich i jak widac, niewiele się nameczyli w poszukiwaniu nazwy. Do Pani Anny trafiam zwykle w porze obiadowej wiec zwykle po spowiedzi i komunii sw., odnosze Pana Jezusa do samochodu i klade się na chwile, bo już w tym momencie czuje się nienajlepiej. Sam nie do konca wyleczylem nerki i gdy dlugo jestem w drodze to one upominaja się o przystanek. Tymczasem goscinna babcia szykuje herbate i gawedzi z mymi towarzyszkami. Warto zaznaczyc, ze na Ukrainie „zaproszenie na herbatke” oznacza suty obiad. Ludzie w tych stronach sa nadal bardzo i szczerze goscinni, i choc Pan Jezus gani takich ludzi odzianych w dlugie szaty, którzy lubia pierwsze miejsca na zebraniach i objadac wdowy, to jednak w tym konkretym wypadku byloby nietaktem tej babci odmowic. Zwykle jest to ostatni wspolny przystanek, bo po poludniu trzeba odwiedzic najodleglejsze dzielnice i dla moich staruszek to jest zbyt trudne. Tym nie mniej na ten raz podjely decyzje, ze pojada ze mna do konca, a ja zartowalem, ze mnie sprawdzaja, czym tez wieczorem zajmuje się ich proboszcz. 52. kilometr – Babcia Jadwiga Jadwiga to podarek od kolegi greko-katolika. Niektorzy mnie pytaja, gdzie ja znajduje tak wielu chorych. Aby odpowiedziec trzeba zrozumiec specyfike wschodu. Tutaj kaplani rzadko katechizuja w szkolach. Stalego dostepu do szpitali nie ma, bo wiekszosc ludnosci deklaruje się jako prawoslawni, wiec katolicki ksiadz jest tu podobnie jak i w szkole niezbyt mile widziany. Podobnie w innych sferach zycia publicznego. Jeśli w Polsce wielu kaplanow marzy o chwili spokoju, to my tu na Wschodzie raczej marzymy o duszpasterstwie. Wielokroc zdarza się tak, ze w zwykle dni na poranna Msze sw., nikt nie przychodzi i nawet sobotnia Msza sw. po polsku, nie stanowi takiej atrakcji jak niegdys. Nic wiec dziwnego, ze majac pelne rece roboty chocby w niedziele, bo wiele dojazdow i pierwszy piątek, my te przypadki traktujemy jako przygode i przywilej pracowania do siodmego potu. Potem w ciagu tygodnia będzie czas odpoczac. W moim wypadku czas wolny w ciagu tygodnia to szansa na poszukiwanie katolikow w terenie i robie to za pomoca ogloszen w gazetach, interview na malych prowincjalnych stacyjkach TV, albo poprzez kreowanie nowych kapliczek w terenie, za co już od lat dostaje od przelozonych po uszach. Tak wiec adres do babci Jadwigi dal mi kolega greko-katolik. Gdzies tam w Przemyslu albo w Galicji, zdarzaja się tarcia, antagonizmy. Tutaj na wschodnich rubieżach Ukrainy jest raczej harmonia. Ja wyszukuje greko-katolikom parafian a oni się dziela ze mna swoimi, jeśli się okaze, ze bardziej im do gustu przypada obrzadek rzymski. Ojca Lwa wezwano zima, bo Jadwiga czula się zle. Jak mi opowiadala jej corka. Mama ujrzawszy wschodniego popa zdziwila się wielce i zapytala: „czy to już koniec”. Za tydzien zjawilem się ja i skomentowalem, ze to tylko poczatek, ze jeśli kaplan przyniosl raz komunie swieta to teraz musi się postarac i dozyc chociazby do konca roku, żeby wypelnic norme 9-ciu pierwszych piatkow. Babci podniosl się humor po takich slowach i od tej pory corka czeka na me wizyty z radoscia. 62. kilometr - Tadeusz i Romualda Oboje pochodza z polnocnej Bialorusi z okolic Gudogaja i Ostrowca. Gdy drzwi otwiera babcia to slysze narzekania: „Ksiezulku jaki ten Tadzik jest ciezko chory”, gdy otwiera Tadzik, to slysze to samo tylko na odwrot. Bywa, ze jedno z nich trafia do szpitala i wtedy mam wrazenie, ze pogrzeb nie za gorami. Tak bywalo kilkakroc, już do tego przywyklem, ze ci staruszkowie kochaja jeden drugiego na tyle, ze kazde kichniecie partnera zdaje się drugiemu tragedia. Tadzik jest bardziej pobozny i co drugi tydzien widze go w kosciele. Przyjezdza pierwszy choc mieszka najdalej ze wszystkich. Babcia tymczasem prawie nic nie slyszy i odwiedziny w kaplicy dla niej to tortura i tureckie kazanie, pewnie dlatego przyjezdza raz w pol roku i moje odwiedziny sa glownie podarkiem dla niej. W ich domu możemy sobie krzyczec ile się nam podoba. 70. kilometr - Lwowianka W tym momencie przecinam granice Makiejewki i na chwile wpadam w gosci do pani Stefanii, która ma 7 km do kosciola w Jenakiewo i innego proboszcza. Niegdys i ja tam pracowalem i przyjmowalem u Stefanii pierwsza po 50-ciu latach spowiedz. Stefania nie należy do nazbyt poboznych osob, ale jest mila rozmowczynia. Mowi czysto po polsku ze lwowskim akcentem i wyraznie jej się podoba, ze do niej w odwiedziny wpadl ksiadz z Polski. To tez osoba sytuowana wiec nie ma potrzeby wozic jej podarki, za to polskie gazety bierze chetnie. Hlubi się, ze zakonczyla gimnazjum przemyskie i ze corke zdarzyla ochrzcic w Mosciskach. Nie dopytywalem się szczegolow ale wyglada na to, ze wyrosla na samej granicy. 80. kilometr – Józefa Pani Jozefa pochodzi z Bialorusi spod Szczuczyna. Jest bardzo pobozna i hojna kobieta. Teoretycznie powinien się nia opiekowac kaplan z Jenakiewo i Gorlowki, lecz on poprzestaje na razie na tym, ze Jozefa opiekuje się jego Legion Maryja a sprawe pierwszych piatkow przekazal dla mnie, bo 15 km od domu Jozefy jest moja druga parafia w Szachtiorsku, do ktorej zmierzam zawsze przez centrum Kirowska, gdzie mieszka pani Jozefa. Proboszcz z Gorlowki musialby jechac do niej 35 km. Mam nadzieje, ze kiedys to zrobi. Kobieta nie ma prawej nogi. Tragedia stala się na kopalni 44 lata temu. Mloda dziewczyna, bardzo sympatyczna (taka jest do dzisiaj), nie szukala sobie partnera i pozostala panna. Rodzony brat alkoholik zamieszkal w Kazachstanie i Jozefa nie wie czy zyje jeszcze. Mame zabrala z Bialorusi do siebie, dawno temu pochowala. W tamtych czasach gdy mama chorowala, niedaleko jej domu powstala cerkiew prawoslawna i Jozefa zaprzyjaznila się z gruzinka, zona prawoslawnego popa. Pop poprosil gruzinke o rozwod i z czasem już jako mniech przyjal swiecenia biskupie w Makiejewce. Dzis to osoba publiczna i Jozefa często się dopytuje jak tam zyje wladyko Barnaba. Jozefa zawsze go chwali, ze wspanialy budowniczy i sympatyczny mezczyzna, a mnie niestety nigdy nie udalo się do niego dopchac. 95. kilometr – Mikolaj Szargorodzki Mikolaj Repin to legendarny parafianin, którego mama pochodzi z Szargorodu a rodzona siostra jest honoratka w Rydze, cioteczna, we Lwowie w tym samym zakonie i trzecia siostra Julia, kuzynka, w Kijowie. Ponadto ma syna kleryka-Chrystusowca. Wiele sil wlozyl w to by w Doniecku powstal kosciol. To u niego w domu ksieza z Rygi odprawiali Msze sw. dla chorej mamy Janiny w dalekim 1987 roku. Podobno jeden z nich jest dzis biskupem pomocniczym a inny proboszczem w kosciele Marianow na Rakowie w Chmielnicku. W 1990 roku zaczal przyjezdzac sw. pamieci ks. Antoni Niemczenko i dopiero wtedy Franciszkanie z Szargorodu zaciekawili się Makiejewka. Mikolaj ma 54 lata a niestety przezyl 3 zawaly serca, potrzebuje modlitwy. Rok temu często odwiedzalem go w szpitalu a tym razem poprosila bym przyjechal z komunia sw. jego siostra Lena, honoratka. Od niej znam tak wiele szczegolow o tym niezwyklym parafianinie, który był prekursorem duszpasterstwa w naszych okolicach. W zeszlym roku Mikolaj chodowal kroliki, teraz pozostaly jedynie pszczoly, wiec kazde odwiedziny w tym domu koncza się slodkim podarunkiem w sloiku. 100. kilometr - Franek Kotliński Moje nadzieje na taryfe ulgowa splonely na panewce. Z rana zdawalo mi się, Franciszek ze sparalizowana noga, przyjmie komunie w Berdiansku nad Morzem Azowskim, tymczasem o szostej wieczorem zadzwonil do mnie, ze wlasnie wraca i zebym nie wyjezdzal z Szachtiorska, poki go nie wyspowiadam. Zatrzymalem się wiec nieco dluzej u Mikolaja niż to było w moich planach i komunii udzielilem Frankowi dopiero o 20.00. To były przedostatnie odwiedziny na ten raz. Parafianin z nad morza w tym momencie wygladal duzo bardziej swiezo niż ja, bo prawde powiedziawszy ostatnie wizyty u chorych to jak ostatnie kroki na maratonie, ciezko i radosnie na sercu, dwa uczucia jednoczesnie. 110. kilometr - Wilnianka Babcia Helena wyrosla w Wilnie na Antokolu. Ona tez ma rodzona siostre w zakonie. Siostra Anzelma ochrzczona imieniem Irena pracowala do niedawna w Olsztynskiej kurii a teraz mieszka w Jozefowie i ma jubileusz 50-lecia slubow zakonnych. Helena tymczasem ma 86 lat i smieje się, ze smierc będzie lekka. Nie dlatego, ze spowiada się w pierwsze piatki ale dlatego, ze umyla przed pogrzebem 24 trupy, co dla niektórych zabobonnych wiesniakow jest czynnoscia rytualna i mogą ja wykonywac tylko niezwykli ludzie. Babcie Helena jest taka niezwykla. Zewnetrznie wyglada jak rodzona siostra Czeslawa Milosza, usmiecha się serdecznie i zawsze zaprasza na suta kolacje. Pierwsze piatki zainicjowala w tym domu siostra zakonna rok temu, bo jak przyznala się sasiedzkie psy tak glosno lajaly, ze jej się zdalo, ze ktos musi wkrotce umrzec. Siostra Anzelma tez czlowiek rezolutny z charakterem i poczuciem humoru ale na ten raz opowiadajac mi o wyjacych psach wygladala nad wyraz powaznie. Ja nie moglem tego zignorowac. Od tej pory minal rok. Helena ma problemy z oczami. Kiedys upadla na ziemie w drodze do szpitala, tym niemniej umierac nie zamiera tym bardziej, ze ma dobra emeryture ladny domek i przecodne trzy cory, które je nie daja myslec o glupstwach. Spowiedz i komunia odbywaja się w oddalonym saloniku, w którym centralna dekoracja jest ikona ostrobramska ze srebrnymi sukienkami. Przepiekny wystroj. EPILOG: 150. -160. -180 . km Jeszcze trzy przystanki to odleglosc do domu. Najpierw odwiezlismy babcie Aniele z Palka. Widac było, ze jest zmeczona ale i radosna. Na 160-tym mieszka babcia Dusia, która zawsze twierdzi, ze może sobie do domu pojechac autobusem. Ponieważ jednak pora jest pozna, ostatnio wracalismy po 10-tej, ja i sluchac nie chcialem o takim sposobie powrotu. Na 180-tym zwykle sprawa się konczy, jeśli odwioze ostatnia wolontariuszke Janine do Doniecka. Tym razem ona sama zachorowala a ja tego wieczoru nie miałem już sil ani grama. Zadzwonilem do niej tylko z przeprosinami, ze przyjade za dni kilka i tak było rzeczywiscie. U tej chorej zamiast godzine, przesiedzialem az 5. Ta pani jest dlugoletnia legionsitka i dlatego nigdy nie opuszcza piatkowych wojazy. Wkrotce będzie mieć 70 lat ale jest pelna energii i katolickiego pylu. Takich ludzi jak ona można spotkac tylko w dwoch miastach na swiecie, to może być tylko Grodno lub Bialystok. Bog zapłać pani Janino, życzę dużo zdrowia. Ks. Jarosław Wiśniewski, Donbas-Ukraina, 15 lipca 2008 r.
|